
Temat postawiony przez
smartfoxa wywarł na mnie dziwny wpływ. Pierwsze wrażenie było chyba powszechne: „Świetny temat! Będzie się można nieco rozerwać!”. Gdy jednak zacząłem zastanawiać się nad tym, którą sesję wybrać, pojawił się problem. I to nie interpretacyjny, lecz personalny.
Przede wszystkim musiałbym wybrać nie jedną sesję, lecz jedną scenę, gdyż na nawet najlepszym spotkaniu zdarzyły się rzeczy, które owszem, są niezapomniane, lecz wolałbym o nich zapomnieć. To kłótnia z graczem, to fatalna narracja, to telefon w czyjejś kieszeni. Niektórych elementów nigdy nie zapomnę, gdyż już zawsze będą dla mnie przestrogą. I to nie przestrogą ogólną, lecz pikokosmiczną, jak „z tamtym graczem się więcej nie umawiaj na wspólną intrygę, bo i tak wszystko spieprzy”.
Po drugie nie umiem bezkompromisowo rozgraniczyć czasu sesji od po-sesji i przed-sesji. Jako gracz zawsze lubiłem moment kreacji postaci i robiłem wszystko, by postać nie tylko pojawiała się w świecie gry i rozwiązywała sytuację, ale też coś ze sobą wnosiła niepowtarzalnego – i by element ten ewoluował. Moja pierwsza, ultradebilna (gimnazjalna) postać do WFRP1 wyrażała to przede wszystkim własnym sklepem na kółkach, którym jeździła od miasta do miasta. Później zacząłem dojrzewać i postacie polepszać, przez co przyjemność i „pozytywną niezapominalność” sesji zawsze w jakiejś mierze pokładam w swojej postaci, a więc też w czasie jej tworzenia, rozwoju, przemyśleń nad jej charakterem i ciekawymi sposobami odgrywania.
Jako prowadzący zaliczyłbym tu też czas przygotowywania sesji, czytania podręczników, poszukiwania inspiracji, wreszcie czas feedbacku i rozdawania pdków (a także ulgi: uf, przynajmniej na tydzień mam to z głowy). Zawsze byłem lepszym graczem niż prowadzącym, lecz o ile wiem, że w Poznaniu są drużyny, gdzie na dwóch graczy przypadają trzy osoby, które wolałyby prowadzić sesję, to w mym nieszczęsnym Luboniu nigdy takich statystyk nie było i obecnie w L5K 1st Ed muszę prowadzić „z braku laku”. Myślę, że każda chwila, gdy usłyszałem „było bardzo fajnie” też stała się niezapomniana, zwłaszcza, że me sesje nie są nigdy dopracowane, nie mam scenariuszy i oryginalnych pomysłów. Swoje „szkolenie mg” ograniczam głównie do zachęcania graczy do działania i samowolnego napędzania sesji.
Trzecia rzecz: kilka godzin gry w tygodniu (albo i w miesiącu, albo i w kwartale – różnie to bywa) mimo wszystko warunkuje dużą część mojego dnia. Polter, Bagno, newsy, masa Planescape. Być może ten czas, który spędzam słuchając, czytając, dys(k/p)utując i poszukując jest też elementem sesji. Formą bardziej zdecentralizowanego przygotowania do gry, który ostatecznie zwraca się po dosyć długim czasie, gdy mogę pomyśleć: „dziś ze swoich pomysłów jestem naprawdę zadowolony, lubię tak grać”.
Są ludzie grający w RPGi i erpegowcy. Są tacy, którzy raz na tydzień/miesiąc spotykają się z kumplami i grają – jak chociażby moi obecni gracze w L5K, którzy nie interesują się RPG. Po prostu czytają podręcznik, przychodzą na sesję i wszyscy świetnie się bawimy. Oni grają w RPG.
Jestem erpegowcem. Spędzam czas nie tylko na spotkania, ale też na przygotowania, na wiedzę metasettingową i metasystemową, na masę przygotowań znacznie wykraczających poza „pomysł na sesję”, na rozwijanie różnych systemów i poznawanie innych ludzi z tymi samymi zainteresowaniami.
Dla mnie każda chwila przy stole, nieważne, czy z kartą postaci, czy notatkami prowadzącego, czy wreszcie monitorem z odpalonym Polterem są jedną, rozbitą po continuum sesją. Rekreacyjnym wyrywkiem życia, który, jak to życie, dzieli się na lepsze i gorsze momenty, ale ostatecznie chce się pamiętać przede wszystkim dobre chwile.
Do niezapomnianej sesji zaliczyłbym więc:
- moment, gdy po raz pierwszy próbowałem uformować drużynę pośród znajomych w drugiej klasie gimnazjum, a więc 2003 roku, bieganie po korytarzach, stołówce, szeptanie w ławce na lekcjach.
- moja pierwsza, dojrzała postać dającą mnóstwo narzędzi do jej odgrywania. WFRP2, profesja podstawowa „Sługa”, wywodzący się z kultury przypominającej europejską kulturę Romów, mający dążyć do zostania magiem Cieni. 2008 rok.
- pierwsze odrzucenie mojego tekstu przez Furiatha w dziale WFRP Poltergeista. Był to prawdopodobnie 2004 rok, gdy na Polterze korzystałem z jeszcze innego nicka. Był to ogromny zastrzyk mobilizacji na następne lata.
- chwila, gdy swym najemnikiem ogłuszyłem pędzącego po śmierć zabójcę trolli, by po chwili samemu tego trolla zadźgać. 2005 rok.
- gdy otrzymałem pierścień dający mej postaci możliwość postrzegania rzeczy jedynie w różnych barwach szarości, tym bledszej, im coś bardziej zbliżonego było ku dobru, i tym mroczniejszej, im bardziej zbliżone było ku mrokowi. 2005 rok.
- gdy mój towarzysz z drużyny postanowił ukryć się przed watahą wilków nie na drzewie, lecz pod wozem. 2006 rok.
- gdy po raz pierwszy miałem odegrać atrakcyjną kobietę, kokietującą gracza i dzięki pewnej audycji z Internetu zrobiłem to całkiem nieźle, nie nastawiając się (ani gracza) na śmieszność. Była to dla mnie największa próba odgrywania postaci. Zeszły tydzień.
- gdy snajper z własnej drużyny postanowił zabić moją postać w ruinach Chicago i potrafiłem przyjąć na siebie ten wyrok bez szczeniackich zagrywek w stylu „a ja właśnie nabrałem ochoty, by się ukryć za gruzem i mnie nie widzisz”. 2009 rok.
- gdy zrozumiałem, że RPG nigdy nie da mi tego, co Planescape: Torment i że RPG to przede wszystkim „game”. 2007 rok.
- gdy spróbowałem na podstawie Q10 zrobić własną mechanikę i opracowałem w głowie swój pierwszy, autorski świat, w którym nigdy jeszcze nie grałem. 2008 rok.
- gdy mój przyjaciel (a wtedy jeszcze tylko gracz poznany w Internecie) zegrał ze mną i grupą innych osób w WFRP na czacie i po w 100% improwizowanych 4 h uznał, że jestem najlepszym MG, jakiego zna. Potem dosyć mocno ten pogląd zrewidował, ale zastrzyk dumy piechotą nie chodzi. 2005 rok
- gdy myśląc, że zbliża się mój kres doświadczeń RPGowych założyłem segregator na wszystkie postacie, jakimi grałem. 2007 rok.
- pierwszy moment, gdy usiadłem w gronie przyjaciół i kolegów, by razem wspominać nasze dawne przygody, opisując je jako infantylne i głupie, a jednak nieustannie się uśmiechając, rozumiejąc, że wtedy były dla nas czymś ważnym i niepowtarzalnym. 2006 rok.
Waszym zdaniem...